Fot. Jeremy Eades / Flickr

Europa dwóch świeżości

Liderzy Grupy Wyszehradzkiej są przekonani, że ponad ćwierć wieku po upadku komunizmu Europejczycy wciąż dzielą się na lepszych i gorszych. Decyduje o tym zawartość sklepowych półek.

Wojciech Gąsior
Dodane 4 stycznia 2018

Obywatele nowej Unii zarabiają mniej niż ci na Zachodzie, ale zdarza się, że za żywność płacą więcej. Badania przeprowadzone w Słowacji, Czechach, Węgrzech i Chorwacji pokazują, że przynajmniej niektóre produkty sprzedawane w tych państwach są nie tylko droższe, lecz także gorszej jakości, niż ich odpowiedniki sprzedawane pod tą samą nazwą na Zachodzie.

– W Hainburgu [Austria] kupujesz produkt z dodatkiem cukru, ale na Słowacji dostajesz sztuczny słodzik, a produkt jest na dodatek droższy. Więc powiedzcie im, żeby napisali, że to świństwo – tak Robert Fico, premier Słowacji skomentował różnice w jakości żywności na europejskim rynku podczas szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Bratysławie w październiku 2017 r. Fico nie jest pierwszym politykiem z Europy Wschodniej, który poruszył problem produktów podwójnej jakości, ale to on, razem ze swoimi odpowiednikami z Czech i Węgier nadał mu nową rangę polityczną.

W Słowacji w niektórych przebadanych mięsach i paluszkach rybnych znaleziono więcej soli i mniej mięsa niż te sprzedawane w Austrii. Czeskie płatki śniadaniowe Nesquik zawierały mniej witamin i kakao niż niemieckie. Różnice stwierdzono także między Nutellą, kawą Jacobs i herbatą Nestea. Sprzedawana w obu krajach pod tą samą nazwą mielonka firmy Tulip okazała sią zupełnie innym produktem (czeska zawierała mięso drobiowe, a niemiecka – wieprzowe).

Już w 2009 r. rumuński europoseł, Rare?-Lucian Niculescu, w pytaniu do Komisji Europejskiej zauważył, że: – Zgłoszono sytuacje, w których produkty należące do czterech różnych kategorii jakości były sprzedawane w różnych krajach pod tą samą marką. Komisja Europejska nie przejęła się wówczas zgłoszeniem Rumuna, bo na jednolitym rynku takie praktyki nie są nielegalne.

Liderzy V4: obecne regulacje to za mało

Oznakowanie produktów reguluje dyrektywa o nieuczciwych praktykach handlowych, która m.in. nakazuje umieszczanie składu produktu na jego etykiecie. Produkt o tej samej nazwie, ale o nie zawsze tym samym składzie, może być sprzedawany w różnych krajach pod warunkiem, że jest właściwie oznakowany. Komisarz ds. ochrony konsumenta w latach 2007-2010, Bułgarka Meglena Kuneva przyznała, że „w określonych okolicznościach” wykorzystanie znanych marek do sprzedaży produktów niskiej jakości może wprowadzać konsumentów w błąd, ale takie sytuacje powinny być rozpatrywane indywidualnie przez krajowe sądy lub urzędy ochrony konsumentów.

Bezczynność Komisji sprawiła, że w Słowacji, Czechach i na Węgrzech sprawa stała się symbolem traktowania nowych członków Unii jako obywateli gorszego sortu. – Ten sam produkt, ta sama marka, ta sama etykieta i to samo opakowanie, ale na Słowacji zawiera mniej mięsa, więcej tłuszczu, więcej konserwantów i więcej sztucznych słodzików. Więc nie mówcie nam, że siedzimy w klasie biznes, gdy jedziemy drugą klasą – mówił na szczycie Grupy w marcu 2016 r. w Warszawie Fico.

Inni przywódcy nowej unii również podnieśli larum. Premier Bułgarii Boyko Borisow nazwał sytuację „pozostałością po aparthaidzie”. Ostre słowa i oburzenie wschodnio-europejskich liderów były wymierzone głównie w międzynarodowe korporacje, ale dostało się również Brukseli.

Różnice w jakości produktów do ataków na Unię często wykorzystują politycy w Czechach, najbardziej eurosceptycznym społeczeństwie Grupy. Krajowy parlament o problemie dyskutował już kilka razy. W listopadzie 2016 r. Simeon Karamazov (konserwatywna Obywatelska Partia Demokratyczna) przekonywał, że UE powinna priorytetowo traktować problemy swoich obywateli, a nie obcokrajowców, jak czyniła to w czasie kryzysu uchodźczego. W marcu 2017 r. Marek Černoch z populistycznego Úsvitu stwierdził, że zachodnie koncerny postrzegają Czechy jako kraj drugiej kategorii i „śmietnik Europy”.

Antyunijne nastroje w kraju próbuje łagodzić komisarz ds. sprawiedliwości i konsumentów Věra Jourová, Czeszka. W wywiadzie dla portalu info.cz przyznała, że wprawdzie problem istnieje, ale przed Wspólnotą stoją większe wyzwania. Skrytykowała też polityków wykorzystujących temat do ataków na Brukselę.

Na Węgrzech parlament przyjął apel, aby na unijnym rynku całkowicie zakazać  sprzedaży pod tą samą nazwą produktów o różnym składzie.

Komisja grozi paluszkom

Wyszehradzkie skargi przyniosły efekt. Komisarz Jourova i jej przełożony Jean-Claude Juncker przyznali, że problem istnieje i że Komisja ma do odegrania rolę w jego rozwiązaniu. Oboje traktują sprawę jako wyzwanie polityczne i szansę na polepszenie współpracy z Grupą Wyszehradzką po bojach o relokacje uchodźców i wciąż trwający spór o naruszenia praworządności w Polsce i na Węgrzech.

– W Unii, w której wszyscy są równi, nie może też być konsumentów drugiej kategorii. Nie mogę zaakceptować tego, że w niektórych częściach Europy, w Europie Środkowej i Wschodniej, sprzedaje się żywność niższej jakości niż w innych krajach pomimo identycznego opakowania i marki. Słowakom nie należy się mniej ryb w paluszkach rybnych; Węgrom mniej mięsa w gotowych daniach; a Czechom mniej kakao w czekoladzie – ogłosił w jesiennym orędziu o stanie Unii Juncker.

Po spotkaniu z Fico w lipcu Juncker żartował, że „to pierwszy raz gdy premier z wyszehradzkiej czwórki domaga się większych kompetencji dla Komisji”.

– Problem z podwójną jakością żywności jest jednocześnie prawny i polityczny – stwierdziła w wywiadzie dla portalu info.cz Jourova i zapowiedziała, że w ciągu roku wiele produktów gorszej jakości zniknie z czeskiego rynku. Komisarz nie obiecała zmian w prawie, ale stwierdziła, że Komisja powinna wesprzeć narodowe instytucje badające jakość żywności i stworzyć metodologię badawczą, która wskaże producentów oferujących gorszą żywność obywatelom nowej unii. Dodała też, że ważna będzie presja ze strony konsumentów.

W marcu 2017 r. Komisja odłożyła milion euro na zaprojektowanie ogólnoeuropejskich badań żywności we Wspólnocie.

Słowacy, Czesi i Węgrzy badają żywność

Do tej pory liderzy Grupy Wyszehradzkiej na poparcie swoich tez mieli tylko krajowe badania prowadzone na niewielkich próbach produktów, które wprawdzie wykazały różnice w jakości, ale nie pozwalają stwierdzić skali problemu.

Pierwsi badania przeprowadzili Słowacy. W 2011 r. porównali produkty sprzedawane w Niemczech, Austrii i w Europie Wschodniej (w tym w Polsce). Analiza Słowackiego Stowarzyszenia Konsumentów (częściowo finansowana z unijnych środków) wykazała różnice nie tylko między „starą” i „nową” Unią, ale także między państwami na Wschodzie. Na przykład Coca Cola sprzedawana na Zachodzie, w Polsce i w Czechach zawierała naturalny cukier (sacharozę), a w Słowacji, na Węgrzech, w Bułgarii i w Rumunii izoglukozę – tańszy słodzik niższej jakości.

Badania z 2016 r. przeprowadzone przez słowackie Ministerstwo Rolnictwa i Państwową Administrację Weterynaryjną i Żywnościową wykazały różnice w połowie z 22 przebadanych produktów.

Czesi przeprowadzili kilka badań. Pierwsze we współpracy z europosłanką Olgą Sehnalovą i właścicielem sieci czeskich supermarketów Albert Heijn. Na 23 przebadane produkty w ośmiu stwierdzono różnice. Wyniki czeskich badań częściowo pokrywały się ze słowackimi – np. paluszki rybne Iglo w obu krajach zawierały 7 proc. mniej mięsa niż w Austrii i w Niemczech. Różnice w jakości produktów wykryło także badanie czeskiego stowarzyszenie konsumentów dTest.

Najmniej dowodów na istnienie podwójnych standardów znaleźli Węgrzy. Badania przeprowadzone przez NÉBIH – Krajowe Biuro Bezpieczeństwa Łańcucha Żywnościowego wykazało różnice, ale nie na tyle duże, by mówić o systematycznej dyskryminacji węgierskich konsumentów przez Zachodnich producentów (np. praliny Raffaello sprzedawane na Węgrzech zawierały więcej wiórków kokosowych niż w Austrii).

Z braku jednoznacznych dowodów naukowych, węgierski rząd postanowił odwołać się do głosu ludu i w czerwcu 2017 r. przeprowadził sondaż wśród konsumentów. 49 proc. respondentów stwierdziło, że doświadczyło różnic w jakości produktów sprzedawanych w kraju i za granicą (w 97 proc. przypadków na korzyść produktów zachodnich).

PiS jest za (w PE), a nawet przeciw (w kraju)

Polskie instytucje zajmujące się ochroną konsumentów nie przeprowadziły żadnych badań porównujących żywność w kraju i za granicą. W marcu po szczycie Rady Unii Europejskiej, na którym temat poruszyli premierzy Fico i Bohuslav Sobotka, minister Krzysztof Jurgiel stwierdził, że Polska nie dostrzega problemu podwójnych standardów żywności, ale popiera działania partnerów z Grupy Wyszehradzkiej.

W październiku w Sejmie o sprawę zapytali posłowie PiS. Wiceminister rolnictwa Jacek Bogucki odparł, że w Polsce ten problem „jest mniej widoczny”, bo większość żywności na rynku pochodzi od krajowych producentów, ale dodał, że: – To nie znaczy, z?e my jako resort i nasze słuz?by kontrolne tego problemu nie widzimy i nie widzielis?my. Ten problem wielokrotnie był w Polsce przedmiotem dyskusji, takz?e publicznej, ale dotyczyło to nie produktów rolno-spoz?ywczych, ale innych produktów rynkowych, bo z podwójna? jakos?cia? moz?emy miec? do czynienia nie tylko w sektorze rolno-spoz?ywczym – tłumaczył Bogucki.

Podwójne standardy żywności dostrzegają europosłowie PiS. W marcu ubiegłego roku Anna Fotyga podpisała się pod interpelacją kilkudziesięciu posłów z Europy Wschodniej w tej sprawie. Dokument mówi o różnych typach produktów „począwszy od żywności, poprzez przybory toaletowe aż po środki czyszczące i dezynfekujące, które są niższej jakości, a niekiedy kosztują więcej niż identyczne produkty w zachodniej części rynku UE”. Z polskich europosłów podpisali się pod nią również Róża Thun, Dariusz Rosati, Adam Szejnfeld i Julia Pitera (wszyscy z EPP).

Parlament debatował o sprawie w maju. – Temat naszej dzisiejszej dyskusji tylko z pozoru wydaje się błahy, bo w rzeczywistości dotyczy ogromnej rzeszy obywateli Unii Europejskiej – zarówno w moim kraju, w Polsce, ale także w wielu innych nowych państwach członkowskich – którzy są ewidentnie dyskryminowani przez producentów żywności czy środków czystości – mówił Kosma Złotowski (ECR, PiS).

Urszula Krupa, również z PiS, nazwała podwójne standardy „fałszerstwem żywności”. – Problem wymaga centralnego rozwiązania na szczeblu Unii, tak by można było te produkty w jakiś sposób badać – stwierdziła posłanka.

Apel o zbadanie problemu na poziomie europejskim poparła też Olga Sehnalová (S&D), która tematem podwójnej jakości żywności zajmuje się w PE od 2015 r. Czeszka zwróciła uwagę, że temat nabrał znaczenia politycznego i wyraziła nadzieję, że propozycje europosłów zaczną być traktowane poważnie.

Oprócz posłów z Europy Wschodniej głos zabrali jedynie Seán Kelly (Irlandia, EPP) – poparł inicjatywę oraz Jean-Luc Schaffhauser (Francja, ENF) – stwierdził, że prawo nie jest łamane i że korporacje po prostu dostosowują się do specyfiki lokalnych rynków.

Parlament nie tylko debatuje. Róża Thun złożyła poprawkę do budżetu na 2018 r. o wygospodarowanie dodatkowych (oprócz wyłożonego wcześniej przez Komisję miliona euro) 900 tys. euro na przeprowadzenie badań nad produktami spożywczymi i nie tylko.

Według założeń projektu Thun analiza miała od samego początku objąć różne typy produktów, ale komisja IMCO zdecydowała, że w pierwszej kolejności naukowcy przeanalizują żywność i zmniejszyła budżet projektu do 800 tys. euro. Nad badaniami pieczę sprawuje Komisja Europejska, ale w zespole zajmującym się sprawą znajdzie się również jeden przedstawiciel PE – prawdopodobnie będzie to Thun.

– Zespół będzie nadzorował, czy sprawa rzeczywiście posuwa się naprzód oraz czy propozycja legislacyjna powstanie odpowiednio szybko. Zdecyduje, co jest możliwe w ramach tych pieniędzy, a co nie i jak o tym informować. Dla przedsiębiorców to może być ogromna zmiana, a każda zmiana pociąga za sobą koszty – komentuje dla MamPrawoWiedziec.pl europosłanka.

Komisja zbada sprawę

Juncker w przemówieniu o stanie Unii wysłał wyraźny sygnał, że traktuje sprawę równości produktów priorytetowo i postrzega ją jako szansę na zmniejszenie napięć między Wschodem i Zachodem. Gdy politycy na Zachodzie mówili o Europie dwóch prędkości i krytykowali Wschód za łamanie europejskich wartości, Juncker ogłosił, że wszyscy obywatele Unii mają być traktowani równo. Dobra wola kosztowała Unię w sumie niespełna 2 mln euro (koszty przeprowadzenia badań) – to nic w porównaniu do miliardów, które co roku płyną do krajów Grupy Wyszehradzkiej.

Posłowie z węgierskiego i czeskiego parlamentu i tak nie pożałowali Brukseli cierpkich słów, ale rządzący powtarzają, że doceniają działania Komisji. Bruksela i Wyszehrad wreszcie znalazły temat, o którym są w stanie konstruktywnie rozmawiać i osiągnąć zadowalający obie strony rezultat.

Polski rząd mógł mieć udział w tym politycznym sukcesie, ale zdecydował się nie angażować w sprawę. Do tego całkowicie zignorował realny – jeśli wierzyć ministrowi Jurgielowi – problem podwójnej jakości produktów innych niż żywnościowe. Tymczasem środki chemiczne i kosmetyki poczekają na swoją kolej, bo naukowcy w Belgii przeanalizują najpierw żywność.

 

Tekst ukazał sie w serwisie Polityka.pl 8 stycznia 2018 r.

Tekst powstał w ramach wspólnego projektu czterech organizacji: czeskiego Kohovolit.eu, słowackiego Demagog.sk, węgierskiego Atlatszo.hu oraz MamPrawoWiedziec.pl. "Projekt Bliżej polityki V4" jest finansowany z funduszu wyszehradzkiego. Współpraca przy zbieraniu i opracowywaniu danych: Iva Sojkova, Barbora Belovicka, Lenka Galetova, Emese Keyha.

Podobał ci się tekst? Udostępnij go klikając w przycisk po prawej stronie!

Przeczytaj też najpopularniejsze teksty ostatnich tygodni

Nowe prawa w tym tygodniu (15 - 21 stycznia 2018 r.)

PE: Czy Unię czekają ostre cięcia finansowe?

PE: Europa chce być liderem w zielonej energii